Artykuły

Spotkanie potomków Hartwiga i Maschy von Bredow w Siemczynie - 3-5 sierpnia 2012 roku

Drukuj

W dniach 2-5 sierpnia zjechali do Siemczyna potomkowie Hartwiga i Maschy von Bredow oraz kilku, urodzonych przed 1945 rokiem, mieszkańców Heinrichsdorf. Byli to:

  • Mathias i Beate von Bredowz synami Fritzem Ferdinandem oraz córką Felicitas. Mathias od 2010 roku jest Prezydentem rodziny von Bredow i organizatorem zjazdów rodzinnych. Ten zjazd obejmował potomków linii siemczyńskiej.
  • Baronostwo Christian i Adelheid von Bredow. Christian (urodzony 24.01.1951 r.) jest starszym bratem Mathiasa i mieszka w Stade w okolicach Hamburga. Był V-ce Prezydentem Izby Przemysłowo-Handlowwej (IHK) w Stade.
  • Leonore i Kristina Schneider. Leonore (urodzona 26.02.1953 r.) jest starszą siostrą Mathiasa. Mieszka w Stuttgarcie. Kristina (urodzona w 1972 r.) jest jej najstarszą córką.
  • Elisabeth i Peter Ainslie z dziećmi Frederikiem, Kathrin i Vereną. Elisabeth ("Lisi" urodzona w 1977 r.) jest córką Leonore Schneider (z domu von Bredow). Jej mąż Peter Ainslie jest synem Maschy i Don Ainslie, którzy również brali udział w spotkaniu. Elisabeth i Peter żyją w Stuttgarcie.
  • Sibylle i Johannes Simon-Kutscher. Sybille jest młodszą siostrą Mathiasa. Była wraz z nim i ich rodzicami, Wichardem i Ingrid, w 1985 r. w Siemczynie. Była to ich pierwsza wizyta w tej miejscowości po II Wojnie Światowej. Pracuje jako pielęgniarka. Mieszka z mężem Johannesem w Hamburgu.
  • Mascha i Don Ainslie. Mascha Ainslie nosi imię na cześć swojej babci, która mieszkała w Pałacu w Heinrichsdorf (Siemczyno). Jest córką Heinza, trzeciego z siedmiu synów Hartwiga i Maschy, który wyjechał do RPA po II Wojnie Światowej. Mascha poślubiła Dona Ainslie. Jedno z ich dzieci, Peter, ożeniony jest z Elisabeth, córką starszej siostry Mathiasa Leonere Schneider. Mascha i Don mieszkają w Capetown w RPA. Mascha i Don odwiedzili Siemczyno w 2001 r.
  • Wilfried i Monika von Bredow. Wilfried (Billy) jest synem Christopha, drugiego z 7 synów Hartwiga i Maschy. Był on ostatnim z von Bredow urodzonym w Heinrichsdorf przed rokiem 1945 (urodzony 2 stycznia 1944 r.), a ochrzczonym w kwietniu 1944. Uroczystość chrztu i późniejsze jej celebrowanie było ostatnim wielkim przyjęciem, które odbyło się w Pałacu w Siemczynie przed końcem II Wojny Światowej. Billy jest znanym profersorem Nauk Politycznych na Uniwersytecie w Marburgu i opublikował wiele książek i esejów.
  • Hartwig i Elfriede von Bredow. Hartwig jest synem Hasso, czwartego z 7 synów Hartwiga i Maschy. Mieszka w Penzberg (Bawaria).
  • Anette i Gerald Lau. Anette (matka Alexa) jest córką Hasso i siostrą Hartwiga. Razem ze swoim mężem Geraldem mieszka w Traunstein (Bawaria).
  • Alexander i Esther Lau z 2 dzieci. Uczestnikami spotkania były także inne osoby spoza rodziny:
  • Rodzina Kuhl (3 osoby) - między innymi córka ostatniego niemieckiego Burmistrza Heinrichsdorf. Rodzina ta gościła również w Hotelu w czasie obchodów Dni Henrykowskich w 2011 roku.
  • Rodzina Weber (2 osoby) - Erika Weber (urodzona jako Erika Vorpahl) jest córką ostatniego dyrektora przedwojennej Gorzelni w Heinrichsdorf (Siemczyno), która była własnością von Bredow. Miała 8 lat kiedy jej rodzina opuściła kraj w 1945 roku.
  • Elfriede Kroog - była służąca w Pałacu w Heinrichsdorf (Siemczyno) do 1945 roku (również była gościem w Siemczynie w 2011 r.)
  • Lilotte Frank - również gościła w Siemczynie w 2011 r. Przed 1945 rokiem mieszkała w Złocieńcu (Falkenburg), a podczas wizytacji przez Adolfa Hitlera ośrodka szkoleniowego NSDAP w Budowie (Ordensburg) uczestniczyła jako mała dziewczynka w uroczystym powitaniu Hitlera, o czym osobiście opowiadała i określała to jako niesamowite przeżycie.

Zjazd w 2012 poprzedziły indywidualne i zorganizowane wizyty w Siemczynie dawnych mieszkańców i potomków Maschy i Hartwiga von Bredow. Przyczyniły się one do nawiązania bliższych kontaktów z obecnymi mieszkańcami Siemczyna oraz braćmi Zdzisławem i Bogdanem Andziakami, głęboko zainteresowanymi odtworzeniem historii domeny i jej dawnych tradycji. Znaczący udział w przeszłości w organizacji spotkań miała Krystyna Kaniowska, która zorganizowała w tym celu małe biuro turystyczne funkcjonujące do 2011 roku. Sponsorowała ustawienie 12 maja 2010 r. na ewangielickim cmentarzu w Siemczynie tablicy upamiętniającej pochowanych tu dawnych mieszkańców Siemczyna (Heinrichsdorf).

Natomiast bezpośrednim przyczynkiem do zorganizowania zjazdu były rozmowy Bogdana Andziaka z Mathiasem von Bredow. Rozmowy te zaoowocowały też ustawieniem tablicy pamiątkowej poświęconej Hartwigowi von Bredow założycielowi  heinrichsdorfskiej (siemczyńskiej) linii rodu. Na miejscu jego mogiły (zniszczonej po wojnie), zlokalizowanej w zabytkowym, przypałacowym parku ustawiono obelisk z tablicą pamiątkową. Uroczystość odsłonięcia obelisku z tablicą, z udziałem rodziny Mathiasa von Bredow, miała miejsce w czasie Dni Henrykowskich AD 2012.

W piątek 3 sierpnia uczestnicy zjazdu złożyli pod tablicą pamiątkową Hartwiga von Bredow kwiaty oraz zwiedzili park, pałac i zabudowania dworskie. Odbyła się też wycieczka po Siemczynie, a każdy z jej uczestników otrzymał obszerny przewodnik po Siemczynie i okolicy połączony z rysem historycznym, a wydany nakładem i staraniem Henrykowskiego Stowarzyszenia w Siemczynie.


Następnie w Sali Koncertowej odbyło się spotkanie uczestników, na którym Mathias von Bredow przedstawił opracowanie p.t.: HISTORIA RODZINY VON BREDOW W HEINRICHSDORF (1907-1945) - z którym można się zapoznać na końcu tego sprawozdania. Swoją rodzinną opowieść bogato ilustrował przedwojennymi zdjęciami i kopiami dokumentów. To było bardzo interesuejące, a dla niemieckich uczestników spotkania także wzruszające przeżycie.

Po południu miał się odbyć rejs jachtami Czaplineckiego Bractwa Żeglarskiego na wyspę Bielawę na jeziorze Drawsko, a tam ognisko z grillem. Ulewny deszcz i porywisty wiatr uniemożliwiły żeglarską przygodę zorganizowano więc zastępcze ognisko, które zapłonęło w Ośrodku Sportów Wodnych w Czaplinku. Mimo nieprzyjemnej pogody nastroje uczestników były wyśmienite, a sprzyjały temu właściwe napoje, pieczone na ognisku przysmaki oraz przyjacielska atmosfera.


W sobotę mimo odbywających się regat i silnego wiatru część uczestników sotkania wzięła udział w rejsie po jeziorze Drawsko. Inna grupa uczesniczyła w wycieczce "bonanzą" po okolicach Siemczyna. Dzień wcześniej grupa ta brała udział w spływie kajakowym po rzece Drawie, natomiast sobotni żeglarze zwiedzali okolice tradycyjną, wieloosobową bryczką.


Wieczorem tego dnia odbyła się w hotelowej restauracji uroczysta kolacja, a właściwie bankiet. Jak zawsze potrawy były wyśmienite, a dobrych trunków nie brakowało. W trakcie kolacji Mathias von Bredow wręczył sympatyczne upominki Zdzisławowi Andziakowi, który niedawno obchodził 60. rocznicę urodzin.

 

Miłym akcentem wieczornej uroczystości było też wręczenie przez Bogdana Andziaka małżeństwu von Bredow pięknej planszy z widokiem pałacu (upamiętniającej 9-te Dni Henrykowskie w Siemczynie 2012) z dedykacją: "Drodzy Beate, Mathias!!! Dziękujemy za Wasz wielki i nieoceniony wkład w to co się w tym roku w Siemczynie wydarzyło. Bogdan Andziak i Zdzisław Andziak".

 

Następnego dnia uczestnicy spotkania, po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i ciepłych pożegnaniach rozjechali się do domów zabierając ze sobą piękne wspomnienia, a zapewne i postanowienie ponownego przyjazdu do Siemczyna.


Autor: Wiesław Krzywicki

Opracowanie: Robert A. Dyduła

Dr Mathias Freiherr von Bredow prezentuje:

 

HISTORIA RODZINY VON BREDOW W HEINRICHSDORF (SIEMCZYNO) (1907-1945)


Pałac Heinrichsdorf (dziś Siemczyno) wraz z należącymi do niego obszarami rolnymi został zakupiony w 1907 r. przez mojego dziadka Hartwiga barona von Bredow. Ten dawny majątek ziemski rodu von der Goltz, który w latach 1793-1895 był własnością rodziny von Arnim, przechodził później przez dwanaście lat kilkakrotnie z rąk do rąk. Do 1905 r. należał najpierw do Mety von Puttkamer, później do bankiera o nazwisku von der Marwitz i ostatecznie do starej pomorskiej rodziny von Borcke.

Hartwig urodził się w 1873 r. w miejscowości Wagenitz w Marchii Brandenburskiej. Leżące około 50 km na północny wschód od Berlina dobra Wagenitz były wówczas jednym z największych majątków ziemskich w całym regionie. Marchia Brandenburska, a w szczególności tereny leżące wokół niewielkiego miasta Friesack są praojczyzną rodziny von Bredow, która żyje tam ok około 750 lat.

Znany pisarz Theodor Fontane (1819-1898), który pochodził również z tego regionu, gościł często w rodzinnych majątkach von Bredowów. Fontane napisał wiele o tej rodzinie w swej książce "Wanderungen durch die Mark Brandenburg" ("Wędrówki przez Marchię Brandenburską"), nazywając ją "najbardziej marchijską spośród wszystkich rodzin marchijskich".

Hartwig miał dziesięcioro rodzeństwa: pięciu braci i pięć sióstr. Po śmierci jego ojca w 1886 r. majątek ziemski Wagenitz był jeszcze przez dłuższy czas prowadzony przez matkę Hartwiga Agnes. Potem zarządzanie posiadłością przejął brat Hartwiga, Joachim, natomiast sąsiedni folwark Vietznitz otrzymał inny brat.

Hartwig, który najpierw pracował jako sędzia grodzki, wraz ze swą żoną Maschą z domu Lucke zakupili w 1907 r. wielki majątek ziemski w Siemczynie (Heinrichsdorf) liczący 4.000 morgów (1.000 hektarów). W tym czasie małżeństwo miało już dwóch synów: Hartwiga juniora i Christopha. Hartwig i Mascha zawarli związek małżeński trzy lata wcześniej, w kwietniu 1904 r.


Przybycie młodej pary zostało uwiecznione w starej siemczyńskiej księdze gości. Działo się to 23 września 1907 r. Kiedy młodzi zajechali powozem pod pałac, wszystko było już gotowe na ten uroczysty moment. Nad portalem wejściowym wisiały zielone girlandy ozdobione czerwonymi kwiatami, a na wszystkich parapetach okiennych stały zapalone świeczniki. Zdarzenie to opisała w swy wierszu młodsza przyrodnia siostra Maschy - Wera Ferster, która po swym ślubie nosiła nazwisko von Priesdorff (zmarła w 1986 r. w Hanowerze). Z wiersza, który został napisany w księdze gości, dowiadujemy się, że pokoje pałacowe były przestronne i piękne, meble były doskonale dopasowane, w holu stały dwie figury dumnych rycerzy, a w pokoju bilardowym znajdował się stary zegar. Salon zdobiły malowane tapety i kominek z czarnego marmuru. W dalszej części wiersza wspomniano, że na życzenie Maschy pokój gościnny miał białe ściany ozdabiane złotą farbą.


W księdze gości można też przeczytać opis pierwszych świąt Bożego Narodzenia, które Mascha i Hartwig z dwójka swych najstarszych dzieci spędzili w Siemczynie (Heinrichsdorf). W salonie przed oknem wychodzącym na werandę stała ubrana choinka bożonarodzeniowa, a obok niej wiele małych stolików, na których leżały zapakowane prezenty. Świętowanie zaczynało się w salonie, gdzie śpiewano pierwsze kolendy aż do momentu, kiedy rozlegało się bicie kościelnych dzwonów. Wtedy cała rodzina udawała się do kośćioła na pasterkę. Tam odczytywano opowieści wigilijne oraz śpiewano typowe niemieckie pieśni bożonarodzeniowe, m.in.: "O Tannebaum", "Stille Nacht, heilige Nacht" lub "Ihr Kindrlein, komet!". Po mszy rodzina wracała do świątecznie przystrojonego pałacu. Zapalano wtedy świece na choince, ale dzieci musiały jeszcze czekać na podwórzu. Dopiero kiedy Hartwig zadzwonił małym dzwonkiem, mogły wejść do świąteczenie przystrojonego pokoku. Wtedy znowu śpiewano kolendy, a mój dziadek akompaniował na harmonii. Potem rozdawane były prezenty.

Pierwsze dwadzieścia lat w siemczyńskim pałacu były najszczęśliwsze w życiu mojej babci i dziadka. Po Karolu Wilhelmie Hartwigu (ur. 1905) i Hansie-Christophie (ur. 1906) w ciągu 12 lat na świat przyszło dalszych pięciu synów: Heinz-Dietrich (ur. 1908), Friedrich Wilhelm Hasso (ur. 1910), mój ojciec Wichard Adalbert (ur. 1912), Siegward (ur. 1915) oraz Wilfried (ur. 1920). Tylko pięciu synów przeżyło II wojnę światową. Siegward i Wlfried musieli oddać swe życie za Hitlera podczas wojny w Rosji w 1942 i 1943 r.


Po wprowadzeniu do pałacu Bredowowie podjęli ożywione życie towarzyskie. Niemal bez przerwy w domu przebywali goście, którzy zatrzymywali się na krócej lub dłużej. Byli to przeważnie bliscy krewni lub przyjaciele, ale również osoby zupełnie obce, podróżujące przez Pomorze. W takich przypadkach mówiło się o "domu otwartym na gości", co oznaczało, że goście byli tam zawsze chętnie przyjmowani. Ponadto odbywały się częste krótkie wizyty przyjaciół i znajomych z regionu. Zgodnie z ówczesny zwyczajem rodziny z wielkich majątków ziemskich (przeważnie szlacheckie) zapraszały się wzajemnie na polowania, święta rodzinne, urodziny, chrzty lub wesela. Częstokroć ojca chrzestnego wybierano spośród znajomych z tego okręgu.

W starej siemczyńskiej księdze gości można znaleźć cały szereg wpisów z nazwiskami dawnych właścicieli sąsiednich majątków ziemskich, z którymi zaprzyjażnieni byli moi dziadkowie lub przynajmniej z którymi utrzymywali towarzyskie kontakty. Kilka przykładów tych rodzin: von Knebel-Doeberitz z Bobrowa (Dietersdorf), von Griesheim ze złocienieckiego zamku (Falkenburg), von Gruenberg z Wąsosza (Bruchhof), Grueneisen z Osieka Drawskiego (Wutzig), Scheck z Kluczewa (Klaushagen), von Schmiterloew z Drahimka (Gut Draheim) oraz von Sydow z Cieszyna (Teschendorf).

Siedmiu braci cieszyło się pięknym i bogatym w doznania dzieciństwem w Siemczynie (Heinrichsdorf). Wychowywali się pośród pól uprawnych, lasów i pięknej natury. Mogli jeździć konno, a latem niemal każdego dnia udawali się nad jezioro Wilczkowo, gdzie kąpali się i pływali po jeziorze łodzią wiosłową. Razem z kilkoma córkami zaprzyjaźnionych rodzin urządzali wycieczki do Starego Drawska. Jednak ówczesne obyczaje były bardzo surowe. Młodzi ludzie rozkładali swe ręczniki kąpielowe na przesmyku między jeziorami Drawskim i Żerdno. Chłopcy i dziewczęta musieli jednak pływać oddzielnie na obydwu jeziorach, a każda z dziewcząt bardzo uważała, żeby przestrzane były dobre obyczaje. Nic dziwnego, że żaden z siedmiu braci nie zawarł małżeństwa z jedną z zaprzyjaźnionych córek miejscowych ziemian.


Złote lata w Siemczynie skończyły się w 1927 r., kiedy mój dziadek zachorował na nieuleczalną anemię i 26 kwietnia zmarł w szpitalu w Szczecinie w wieku 54 lat. Został pochowany  przypałacowym parku przy udziale bardzo wielu krewnych, przyjaciół i mieszkańców Siemczyna (Heinrichsdorf).


 

Późniejsze lata były bardzo ciężkie. Mascha musiała teraz udźwignąć podwójny ciężar opieki na wielodzietną rodziną i zarządzania majątkiem ziemskim. Zgodnie z ówczesnym prawem dla nieletnich synów wyznaczony został męski kurator. Był nim landrat von Hertzberg, który jeszcze za życia Hartwiga był przyjacielem rodziny. W 1929 r. nadchodzący światowy kryzys ekonomiczny dotknął również rolnictwo i wielkie majątki ziemskie na Pomorzu, co spowodowało, że Mascha konfrontowana była z coraz większymi problemami. W 1931 r. posiadłość w Siemczynie znalazła się u progu bankructwa i niewiele brakowało, żeby została sprzedana. Landrt von Hertzberg znalazł jednak rozwiązanie, zwracając uwagę na młodego Hansa Dahlke, który szukał pracy jako zarządca lub administrator majątku ziemskiego.

1 czerwca 1931 r. Hans Dahlke podjął pracę w Siemczynie. Rękopis jego wspomnień zawiera interesujące informacje o okresie 1931-1945. W połowie 1931 r. majątek tonął w długach, dlatego na początku niemożliwe było inwestowanie w nowe i nowoczesne maszyny. Hans Dahlke musiał krok po kroku dążyć do możliwie najlepszych wyników przy wykorzystaniu będących w dyspozycji zasobów. Najpierw jednak zmuszony był do zastosotwania nieprzyjemnych środków, zwalaniając dziesięciu robotników folwarcznych, ponieważ koszty wynagrodzeń były zbyt wysokie w stosunku do uzyskiwanych przychodów. Później jednak, kiedy po latach sytuacja uległa poprawie, mógł niektórych z tych robotników ponownie zatrudnić.


Ważnym źródłem przychodów była gorzelnia, którą od 1937 r. kierował dyrektor Rudolf Vorpahl. Zachowała się jeszce stara umowa o pracę, którą Rudolf podpisał z administracją majątku von Bredow. W imieniu tej ostatniej dokument podpisał Hans Dahlke. Według umowy wynagrodzenie Rudolfa Vorpahla składało się z pieniędzy i naturaliów, co było dość typowe w ówczesnym czasie. Vorphal otrzymywał więc 65 marek miesięcznie, 18 cetnarów żyta i jedną świnię rocznie, 2 funty masła tygodniowo oraz 2 litry pełnego mleka dziennie. Do tego ziemniaki i opał w zależności od potrzeb. Miał również do dyspozycji bezpłatne mieszkanie w gorzelni.

 

zdjęcie z 1985 r.

Aby uzyskać niezbędny surowiec dla gorzelni sadzono wielkie ilości ziemniaków, a nadwyżki sprzedawano w zachodniej części Niemiec. Dużą wartość dla majątku stanowiło 1400 morgów lasu mieszanego, gdyż trochę pieniędzy przynosiły sprzeaż drewna i wypas świń (w ówczesnym czasie świenie pędone były do lasu, gdzie żywione je żołędziami, co ciekawe wartość lasów oceniana była częstokroć na podstawie występującej tam masy żołędzi, którymi można było karmić trzodę chlewną - przypis tłumacza). 

Dla oszczędzania siły roboczej ludzi i koni Hans Dahlke wprowadzał stopniowo motoryzację procesów produkcyjnych. Stopniowo łagodzone były środki oszczędnościowe i możliwe stawały się nowe inwestycje. W miejsce stosowanej dotychczas starej żniwiarki zakupiono nowe snopowiązałki, które umożliwiły szybsze zbiory słomy i zboża. Wkrótce pojawił się nowy traktor i sześć przyczep z gumowanymi oponami oraz tzw. "Hoehenfoerderer" z dmuchawą do wyładowania oraz transportu słomy i zboża do spichlerza.


W latach trzydziestych XX w. wiele majątków borykało się z problemami gospodarczymi. Ich właściciele nie byli w stanie uprawiać całej powierzchni pól, dlatego pod rządami narodowych socjalistów zarzdzono, że majątki  z dużym zadłużeniem i nieuprawianą powierzchnią rolną zobowiązane były oddawać znaczne areały ziemi za odszkodowaniem finansowym. jak wynika ze wspomnień Hansa Dahlke, dotyczyło to również majątku siemczyńskiego, który musiał w 1934 r. oddać około 1000 morgów ziemi na cele osiedleńcze. Zaskakujący był jednak fakt, że konieczne przestawienie majątku na pracę z mniejszą powierzchnią areału przebiegało bezproblemowo.

W 1932 r., krótko po objęciu obowiązków administratora majątku, Hans Dahlke niejako wżenił się do rodziny właścicielki, gdyż wpadła mu w oko Agnes von Bunau, siostrzenica Maschy i Hartwiga, którą poślubił już 30 listopada 1932 r. W konsekwencji "Pani Baronowa von Bredow" stała się dla Hansa Dahlke "Ciocią Maschą". Razem ze swą narzeczoną wprowadził sie do pałacu, gdzie na pierwszym piętrze jego rodzina miała swoją stałą kwaterę aż do ucieczki w 1945 r. W tym czasie w pałacu mieszkał brat Hartwiga o imieniu Wilhelm (Willy), który był kawalerem (zm. 1934).


Młode małżeństwo Dahlke szybko postarało się o potomstwo, tak że w latach trzydziestych i czterdziestych pałac wypełniony był znowu radosnym warem dziecięcym, jak to miało miejsce na początku czasów rodziny von Bredow w Siemczynie. W latach 1935-45 na świat przyszły 3 dziewczynki i dwóch chłopców. Dziś czoro z nich mieszka w Niemczech, w USA i w Afryce Południowej.

Mascha ucieszyła się, że dzieci znowu zamieszkały w pałacu i wniosły ożywienie w jej otoczenie, gdyż po śmierci Hartwiga w 1927 r. przez kilka lat panowała tam cisza. Własne dzieci Maschy dorastały i opuszczały dom. Hartwig junior studiował od 1923 r. w Gottingen, a w 1928 r. wyjechał do Indonezji. W końcu lat dwudziestych Christoph studiował gospodarkę leśną w miejscowości Hannoversch Munden, po czym wrócił do domu, żeby zjąć się siemczyńskim lasem. Heinz najpierw pracował w Szczecinie, a potem wyjechał do Afryki Południowej. W 1930 r. Hasso rozpoczął studia w Innsbrucku, a potem znalazł miejsce pracy w Królewcu. Mój ojciec Wichard w latach trzydziestych odbył naukę kupiecką przy Związku Sprzedażowym Północnoniemieckich Mleczarni (Verkaufsverban Norddeutscher Molkereien). Dwóch najmłodszych synów Maschy: Siegward i Wilfried uczęszczało w latach trzydziestych do Arndt-Gymnasium w Berlinie.

W 1931 r. Hartwig junior jako pierwszy z siedmiu braci ożenił się. Jego żona Martha, którą poznał w Indonezji, pochodziła ze Szwecji. Dlatego też do dziś potomkowie Hartwiga mieszkają w tym kraju. Małżeństwo to wkrótce zakończyło się rozwodem. Następnym w kolejności był Hasso, który w 1937 roku poślubił młodą kobietę o imieniu Urszula, pochodzącą z Prus Wschodnich. Ich trójka dzieci (ur. 1938, 1940 i 1944) przyszła na świat w Królewcu. W 1939 r. Heinz ożenił się w Afryce Południowej, a Christoph w 1941 roku wziął ślub ze swą wybranką Anją z Oettingen. Małżeństwo tego drugiemo miało troje dzieci, spośród których Wilfried (Billy) urodził się na początku 1944 r. w Siemczynie (Heinrichsdorf) i tam też został ochrzczony w kwietniu 1944 r.

W tym czaasie już od pięciu lat trwała II wojna światowa, która zaczęła się napaścią niemieckiego wehrmachtu na Polskę i stanowiła najczarniejszy okres w dziejach obu narodów. Skutki wojny były wszędzie odczuwalne, pogarszała się sytuacja gospodarcza i ciągle brakowało rąk do pracy. Racjonowano żywność i ubrania. Ludzie stracili zapał do świętowania. Duże uroczystości i polowania nie odbywały się prawie w ogóle. Pochodzące z tego okresu zapisy w siemczyńskiej księdze gości są bardzo rzadkie, a chrzest małego Billego był prawdopodobnie ostatnim większym zdarzeniem w pałacu.

Pomimo tego w kwietniu 1944 r. nikt nie uwierzyłby, że zaledwie rok później siemczyńska posiadłość i ojczyzna zostaną stracone. Nawet w styczniu 1945 r., kiedy przez Pomorze ciągnęły pierwsze duże kolumny uciekinierów, ludzie wciąż wierzyli kłamliwej propagandzie hitlerowskiej, że wkrótce Armia Czerwona zostanie wypędzona z Prus Wschodnich. Kto był mądrzejszy i chciał w porę wyjechać na zachód za Odrę, ryzykował swoje życie, gdyż mógł zostać posądzony o defetyzm wojenny. Wprowadzono całkowity zakaz wyjazdów, pomimo faktu, że w lutym 1945 r. całe obszary południowego i południowo-zachodniego Pomorza zostały zajęte przez radzieckie i polskie armie, a odgłosy walk na froncie zbliżały się coraz bliżej.


Już na początku lutego 1945 r. Hansowi Dahlke, który tylko na pewien czas został powołany do wojska, a później jako administrator majątku ziemskiego w Siemczynie (Heinrichsdorf) został zwolniony ze służby, udało się ewakuować z Pomorza żonę i dzieci. Umożliwiła to pewna szczęścliwa okoliczność, Heinz, który już na początku wojny został internowany w Afryce Południowej, został zwolniony w ramach wymiany jeńców i mógł wrócić do Niemiec, gdzie jednakż na mocy układu o wymianie nie wolno mu było służyć w armii. Faktycznie naziści dotrzymywali tych warunków i dlatego Heinz mógł przez nikogo nie niepokojony podróżować przez Niemcy z odpowiednią przepustką. W taki sposób, w towarzystwie Heinza, Agnes (Aenny) Dahlke i jej dzieci mogły wyjechać z Pomorza. Sam Hans Dahlke musiał jednakże pozostać w Siemczynie, dlatego, że został zliczony w szeregi Volkssturmu. Jego córka Annelies, która miała wówczas 8 lat, napisała później o tych dramatycznych wydarzeniach dłuższe sprawozdanie.

W lutym 1945 r. ciągle zaostrzała się sytuacja na froncie, a o świcie 1 marca armia sowiecka i polska przerwały front ciągnący się niedaleko na południu, między Kaliszem a Reczem. Kilka godzin później rosyjskie czołgi osiągnęły drogę między Złocieńcem i Drawskiem (w istocie te czołgi mogły się wtedy pojawić na zachód od Drawska i stamtąd nacierać na Łobez - przypis tłumacza) i próbowały szybko nacierać dalej na północ w kierunku Łobza i dalej wybrzeża Bałtyku, aby idciąć drogę ucieczki na zachód.

Mascha von Bredow

Teraz rzeczywiście nadszedł najwyższy czas na ucieczkę Maschy. Władze nazistowskie wreszcie wydały zezwolenie na opuszczenie tej okolicy przez ludność cywilną. Dla większości uciekinierów było już jednak zbyt późno! Kto dysponował jedynie wozem konnym lub wyruszał w drogę pieszo z ręcznym wózkiem wpadał szybko w ręce Rosjan. Dzięki Bogu Mascha mogła użyć szybkiego traktora z przyczepą, który znajdował się w jej majątku ziemskim. W ten sposób udało jej się przekroczyć Odrę w okolicach Szczecina. Towarzyszyły jej dwie synowe i czworo wnucząt. Mascha nie zobaczyła już nigdy Siemczyna (Heinrichsdorf). Niedługo później wieś i pałac, które były wówczas zapełnione uciekinierami, zostały bez walki zajęte przez armię polską. Dzięki Bogu pałac nie został zniszczony, podczas gdy inne dwory na Pomorzu padły ofiarą ognia lub czołgowego ostrzału.

Mascha dotarła najpierw do miejscowości Neuruppin, gdzie w maju 1945 r. została obrabowana przez rosyjskich żołnierzy. Ostatecznie uceikła do brytyjskiej strefy okupacyjnej.

Schwicheldt do miejscowość między Hanowerem, a Braunschweig. Tam właśnie odnaleźli się pozostali cżłonkowie rodziny. Mój ojciec Wichard wrócił w tej miejscowości do zdrowia. Koniec wojny przeżył w amerykańskim szpitalu dla jeńców, gdzie leżał ciężko ranny odłamkami granatu po amputacji ramienia. W 1948 r. poprzez wspólną przyjaciółkę Wichard poznał moją matkę. Wzięli ślub w październiku 1949 r. w Hanowerze i żyli tam do 1972 r. Potem przeprowadzili się do Celle, gdzie w sierpniu 1989 r. umarł Wichard. Nie doczekał momentu nadejścia wolności w Niemieckiej Republice Demokratycznej, Polsce i innych krajach bloku sowieckiego.

Urodziłem się w 1956 r. jako trzecie dziecko, miałem starszego brata oraz starszą i młodszą siostrę. Moja babcia Mascha przeprowadziła się w latach pięćdziesiątych XX wieku do swego syna Christopha do Dusseldorfu, gdzie w 1958 r. zmarła. Było to dwa lata po moim urodzeniu, dlatego jej nie pamiętam.

W 1985 r., cztery lata przed śmiercią mojego ojca, pojechaliśmy w czwórkę (mój ojciec, moja matka, moja młodsza siostra i ja) na Pomorze, ponieważ ojciec chciał jeszcze raz zobaczyć Siemczyno, a my pragnęliśmy poznać miejsce dzieciństwa naszego ojca. W Polsce był właśnie czas dyktatury wojskowej. Mieszkaliśmy trzy dni w hotelu "Jałta" w Koszalinie. Stamtąd odbyliśmy dwie wycieczki do Siemczyna i jedną do Słupska oraz nad jezioro Łeba.

Mój ojciec nie powiedział w tym czasie ani jednego złego słowa o Polsce. Znał bardzo dobrze przyczyny ucieczki i wypędzenia i wiedział, że wielul Polaków, którzy żyli na Pomorzu, również wbrew swej woli zostało wypędzonych lub przesiedlonych ze swej dawnej wschodniopolskiej ojczyzny.

Ten piękny rolniczy kraj zrbił na nas duże wrażenie.

Dokładnie 25 lat później, w lipcu 2010 r., byłem tutaj znowu z moją żoną Beate i odkryłem na nowo historię Bredowów w siemczyńskim pałacu. Odtąd byłem już pięciokrotnie w Siemczynie i jest prawie tak, jakbym odnalazł tutaj naszą drugą ojczyznę.

Autor: dr Mathias von Bredow 

Tłumaczenie: Jarosław Leszczełowski

Opracowanie: Robert A. Dyduła

Copyright 2012. Free joomla templates |